Zaparzacze do Herbaty - Coffee Cave - Palarnia kawy Piła
Coffee Cave
26.01.2022
Zaparzacze do Herbaty
Zaparzacze do Herbaty

No, zaparz się!

Jak zaparzyć dobrą herbatę, by nie musieć walczyć z fusami? Zadaliście sobie kiedyś to podstawowe pytanie? Nie? Czy aby na pewno?
 
Dobry towar musi mieć liście! – to muszę zastrzec już na początku! Dobry towar to towar wysokiej jakości. Czyli taki, który został w jak najmniejszym stopniu poddany obróbce. Im mniej człowiek kombinował przy materiale wyjściowym, tym lepiej.

A więc liście. Jeśli chodzi o herbatę, to sięgam tylko po taką, w której jestem w stanie zobaczyć całe listki. Na przykład tę do zaparzania w dzbanku, w formie zwiniętej kuli. Biorę wówczas przezroczysty dzbanek, taki jak Hario Chacha Kyusu-Maru, wkładam do niego pączek herbaty, zalewam gorącą wodą i patrzę. Obserwuję, jak płyn wsiąka w zwinięte herbaciane listki i powoli sprawia, że zmieniają one kolor. Dzięki wodzie wyschnięte, wydawać by się mogło, że zupełnie martwe roślinki odżywają. Pęcznieją, nabierają kolorów, by w końcu rozwinąć się niczym pączek róży. Tak właśnie wyglądają. Nie raz spotkałem się z zachwytem gości, którym podałem tę herbatę. Koniecznie zaparzoną w przezroczystym, szklanym czajniczku, w którym można obserwować ten herbaciany spektakl:)

To taki mój rytuał, którym zaczarowuję przyjaciół i z którego sam mam wiele radości. Gorąca woda wyciąga bowiem z owego pączka to, co najlepsze. A dzięki czajniczkowi Hario doskonale widać, jak przezroczysty płyn nabiera złocistego koloru. Patrzę i wiem, że oto następuje cud przemienienia wody w delikatny, przepyszny napar herbaciany. Istny spektakl. Nie chiński, nie z dawnych czasów, ale dzisiejszy, mój i na wyciągnięcie ręki. Ach!

Dzbanek Hario ma pięknym, nietuzinkowy kształt (sprawdźcie w naszym sklepie!), dzięki czemu sam w sobie jest ozdobą gościnnego stołu. Przy tym wykonany jest ze szkła żaroodpornego, a więc bezpiecznego dla dzieci. A nie wierzę, że któreś z latorośli Waszych lub Waszych gości nie zechce sprawdzić co to za kwiat znajduje się w środku:)

Lubię ten dzbanek też za to, że nie rości dobie praw do herbacianego naparu. Herbata rozwija się w nim, oddaje swoje smaki i aromaty, ale nie on ją wchłania. Wszystko zachwyty są zarezerwowane dla nas, bo szkło jest neutralne.

Wygoda parzenia herbaty w dzbanku polega też na tym, że nie musimy co chwilę biegać do kuchni i przygotowywać kolejnej porcji naparu. Hario ma pojemność 450 ml, więc daje nam kilka filiżanek esencji na raz. A więc siadamy z gośćmi do stołu i polewamy:) Albo inaczej – spędzamy przemiły wieczór sam na sam z książką i raczymy się kolejną i kolejną, i kolejną herbatką bez konieczności opuszczania kocyka i bujanego fotela… Prawda, że brzmi pięknie? :)

Tyle że nie o tym chciałem pisać. Rozmarzyłem się i słowa same popłynęły… Ale już wracam do tego, od czego zaczęła się moja myśl, by napisać Wam o parzeniu herbaty. Otóż, jak już napisałem, chodzi o liście.

Po prostu nie cierpię. Wręcz nienawidzę, gdy w mojej herbacie coś pływa. Pól bied, gdy są to suszone owoce czy inne dodatki, których się spodziewam. Jeśli nie opadają na dno kubka, to delikatnie przesuwam je na bok i pije herbacianą esencję. Ale do białej gorączki doprowadza mnie sytuacja, gdy w naparze błąkają się fragmenty liści, łodyżek czy ogonków! Krew jasna mnie wówczas zalewa.

Raz, że taka herbaciana zawiesina jest dla mnie jasnym sygnałem, że mam do czynienia z towarem gorszego sortu (wiem i to słowo politycy sobie przywłaszczyli☹). Już kiedyś pisałem Wam o herbacie i jej jakości. Tylko liście! Im więcej liści, tym lepiej. Całe liście są oznaką, że sięgamy po herbatę nieprzetworzoną, naturalną jak tylko się da. A co naturalne, to zdrowe. I basta! I zwykle pyszne. A więc jakość to raz.

 

Herbata plujka
Dwa – nie znam bardziej irytującego uczucia niż to, gdy przy każdym łyku muszę szukać ustami miejsca, w którym mogę wziąć łyk herbaty. Ehh! Aż mnie trzęsie na samą myśl. No i bierze to cholerstwo i przykleja się do języka. I chcę się tego pozbyć, ale nie wiem jak. W towarzystwie problem urasta do rangi zniewagi.

A wyobraźcie sobie, że miałem ostatnio taką sytuację! Wróciliśmy z kolegą ze spontanicznego wypadu na narty. Mała górka niedaleko domu wystarczyła, by spróbować przypomnieć sobie czasy, gdy beztrosko łamaliśmy nartę za nartą próbując, niczym Alberto Tomba, śmigać między drzewami na „dzikim” stoku. Nasze narciarskie wyczyny miłosiernie pominę milczeniem, za to muszę Wam opowiedzieć o tym, jak się rozgrzewaliśmy po sportowych wyczynach. Trudne to wspomnienie, choć zaczęło się nie najgorzej. Kumpel zaproponował coś na rozgrzewkę, mianowicie „Ogień kominka”. Taką bajeczną nazwę nosi herbata, którą mi zaserwował. Wiecie, zapach cynamonu, ostrość imbiru, delikatnie zaznaczona słodycz faceliowego miodu… Brzmi jak bajka? No właśnie nie! No nie!

Wiecie już co się stało, prawda? Co zepsuło całą magię? Farfocle! No przecież pływało to to w całej herbacie, przykleiło się do plastra cytryny, który, w przypływie fantazji, kolega dorzucił do kubka z herbacianą esencją. No nie, tak się nie da pić herbaty. Nie da się nią delektować w takich warunkach! Cytując klasyka, powinienem zapytać: jak żyć?

Jeśli myślicie, że wypiłem podaną przez kolegę herbatę, podziękowałem grzecznie i wyszedłem z uroczystym postanowieniem: nigdy więcej, to muszę wyprowadzić Was z błędu. Nie na tym polega koleżeństwo. Serio mówię. Koledze mówi się, delikatnie, lecz konkretnie, że nie tędy droga. Nie chcę, żeby zabrzmiało to belfersko, ale jako propagator pijania kawy i herbaty dobrej jakości miałem obowiązek naprowadzić kolegę na dobre tory:)

Wówczas właśnie przypomniałem sobie o czajniczku Hario Chacha Kyusu-Maru. Kurczę, dopiero teraz zwróciłem uwagę, że jego nazwa brzmi jak magiczne zaklęcie:) No i poleciałem go kumplowi. Opowiedziałem o zaletach dzbaneczka, o których już Wam wspomniałem i dorzuciłem: masz tu w środku takie siteczko, widzisz? To do niego wrzucasz liście herbaty i zalewasz gorącą wodą. Dzięki temu fusy są w jednym miejscu, nie pływają po całym dzbanku, a nic nie zakłóca procesu parzenia. Masz krystalicznie czysty napój i nie martwisz się, że gościom jakieś farfocle będą wchodzić między zęby! Aby go przekonać dorzuciłem informację, że dzbanek i sitko są łatwe w czyszczeniu, więc pracy przy nim nie ma zbyt wiele.

Tylko, dodałem, na miłość boską, kupuj herbatę liściastą! Herbata jest lekka, wydajna, więc nie jest to znowu taki wielki koszt. Próbuj, przekonasz się sam:)

I wiecie co, gdy tak teraz o tym piszę, to mam ochotę go odwiedzić i sprawdzić, czy poszedł za moją radą. Coś mi jednak podpowiada, że, znając męski zapał do tego typu zmian, powinienem dać mu nieco więcej czasu:)

 

Silikonowy zaparzacz do herbaty
Chęć niesienia kaganka, a może w tym przypadku dzbanka:), oświaty pod strzechę kolegi to jednak byłoby za mało, by mnie sprowokować do pisania na temat zaparzaczy (znając siebie pewnie znalazłbym bardziej pociągający temat dotyczący kawy – tak już mam:)). Tymczasem podjąłem herbacianą rękawicę, gdyż pływające w tych szlachetnym naparze fusy zaskoczyły mnie w jeszcze jednym miejscu. W miejscu, w którym w życiu bym się tego nie spodziewał. W pracy. Kumulacja złych zdarzeń była naprawdę dotkliwa, gdyż nie tylko skończyła mi się ulubiona herbata (też po tym świąteczno-noworocznym okresie jesteście tacy zakręceni i zapominacie uzupełnić zapasy?), ale też zaginął mój osobisty zaparzacz. Moje śliczne sitko w kształcie piłki, zamykane na maleńki zatrzask i zwieńczone łańcuszkiem z haczykiem, który zakładało się na rancie kubeczka. Pytałem, szukałem, ale wiecie jak to jest – amba fatima, było i ni ma.. Normalnie nóg dostał …

Nie powiem, byłem zły. Bo o ile herbatą ktoś mnie poratował (całkiem niezłymi liśćmi zresztą), to z zaparzeniem jej był kłopot. Musiałem, czego nie cierpię, wsypać herbaciane liście bezpośrednio do kubka, zalać, odczekać aż herbata się zaparzy i łyżeczką zbierać pływające po wierzchu liście. Mało estetyczne, przyznacie, irytujące i skutecznie obniżające radość z przygotowywania a potem spożywania takiego naparu.

Ale że z każdej sytuacji staram się wyciągnąć wnioski, to i tym razem jest podobnie. Na szczęście rozwiązanie jest proste – kupiłem dwa zaparzacze:) Jeden to silikonowy ludzik. Dzięki niemu nie tylko zyskuję klarowny napój, ale też odruchowo uśmiecham się, gdy po niego sięgam (mamy w ofercie go w dwóch kolorach).

Drugim jest cytrynka. Z długim zielonym listkiem, który zahaczam o brzeg kubka. W pracy już mnie dziewczyny zaczepiały z pytaniem: hej, skąd masz taki ładny zaparzacz :)

Oba zaparzacze wykonane są z silikonu, a więc nie absorbują zapachów, dzięki czemu parzone w nich liście herbaty i ziół smakują jak z natury. Nie nagrzewają się tak, jak akcesoria wykonane z metalu, więc nie ma ryzyka, że się oparzę. Samo sitko jest idealne do odmierzania właściwej ilości herbaty, a jego czyszczenie to bułka z masłem :) Wystarczy letnia woda.

 

Powiem Wam na koniec, że historia z zaparzaczami po raz kolejny pokazuje, jak ważna w życiu jest prostota. A proste rozwiązania są zwykle najskuteczniejsze, zgodzicie się?

Oczywiście po przeczytaniu tego tekstu ktoś może zapytać: pływające w herbacie fusy? A cóż to za kłopot? Dla jednych pewnie żadne, dla innych, jak dla mnie, może być to irytujące. Po co więc się denerwować lub, nie daj boże, rezygnować z delektowania się herbacianymi smakami (a tych jest całe multum – pewnie jeszcze Wam o tym opowiem). Jeśli, jak ja, nie lubicie, gdy coś Wam przeszkadza w spokojnym pijaniu herbaty, sięgnijcie po zaparzacze. Te silikonowe, metalowe bądź dzbanki zaparzające.

Satysfakcja gwarantowana :)

WSPÓŁPRACA
Zainteresowany współpracą?
Oferta dla firm
Coffe Cave world map